Właściwie miał być wprawką do cieniowań i pierwszym poważnym wyzwaniem jeśli chodzi o uzyskanie lustrzanej powierzchni. I gdy już wydawało się że choć to ostatnie wyszło od tylnej strony spłynął lakier i zrobił paskudny wielki zaciek na przodzie. W tym momencie Flugger wygrał ze mną i zegar wisi u mnie na ścianie - może kiedyś do niego wrócę, na razie sprawdza się w tradycyjnej roli ;)
A zdjęć tyle, bo nie mogłam się zdecydować :D


cudo, z opisu zacieku się nie połapałam, ale godzina mnie usprawiedliwia, prawda? w zegarze gotowam się zakochać
OdpowiedzUsuń